Co mówi Jezus?

Objaśnianie przypowieści ewangelicznych w słowach prostych i uniwerslanych
SŁOWO O ANNIE

Główny problem z Anną Wierzbicką polega na tym, że za każdym razem, kiedy bierze się z półki jej książkę czy artykuł (na sekundę, żeby coś sprawdzić), już człowiek nie może się oderwać — i czyta do upojenia: i to jest ciekawe, i to, i jeszcze tamto. I choć absolutnie nie ma się ani chwili, człowiek nie wypuszcza tekstu z rąk — tak porywające są jej głębokie i logicznie piękne wywody.
Nie możemy tutaj przedstawić naukowej analizy twórczości Wierzbickiej:
nawet najbardziej powierzchowny jej ogląd wymagałby tekstu ogromnych rozmiarów i zupełnie innej tonacji, niezbyt stosownej w takiej nocie. Moje zamiary są inne. Biorąc pod uwagę zdumiewające pokrewieństwo duchowe, jakie w ciągu tylu lat wytworzyło się między Anną i grupą lingwistów rosyjskich, do których należę i ja (tego faktu nie powinien przesłaniać mój montrealski adres), podzielę się z czytelnikami moimi w najwyższym stopniu subiektywnymi myślami, które pogrupuję w trzy rozdziały: jak ja widzę Annę jako człowieka, co myślę o Annie jako lingwiście i o roli jej prac w lingwistyce światowej, i wreszcie — jakie są, moim zdaniem, główne cechy Anny jako uczonej.
Anna Wierzbicka jako człowiek — kilka ujęć fotograficznych
Kiedy myślę o Annie, takie oto obrazy wynurzają się z mojej pamięci. Nie wiem, czy są one charakterystyczne, dla mnie jednak są bardzo drogie...
Sierpień 1963 roku, Sofia, międzynarodowy kongres slawistów. W czasie mego referatu młodziutka kobieta w niebieskiej sukience w duże białe grochy (z wyglądu — studentka I roku) zadaje mi cięte, dobrze przemyślane pytania. ?wietnie! Po referacie podchodzi, żebyśmy się poznali: jeszcze lepiej! Wspaniały język rosyjski z czarującym polskim (1). Od razu widać — swoja.
— Chodźmy, wejdźmy na Witoszę (góra pośrodku Sofii, na której jest park).
— Nie mam odpowiednich butów (pokazuje swoje pantofle, absolutnie się do tego nie nadające).
— To chodź (już jesteśmy na "ty"!) boso.
I poszliśmy, i wleźliśmy, i spóźniliśmy się na bankiet — i umarlibyśmy z głodu, gdyby rumuński cybernetyk, członek Akademii Nauk, George Moisil, nie schował dla nas pod stołem kilku porcji... Tak oto zaczęła się nasza przyjaźń — i trwa już ponad trzydzieści lat.
Zima na półwyspie Kolskim, w Chibinach: wyprawa narciarska (kwiecień 1965 r.). Anna wśród nas — w grubej szwedzkiej puchowej kurtce. Chatka nazwana przez nas "Burkom" (burowoj komitiet = komitet wiertaczy; nocowali tam geologowie-wiertacze) na trasie do przełęczy Portampor. Zawieja przykrywa ją w nocy tak, że rano nie możemy otworzyć drzwi. A wyjść trzeba, jeszcze jak! Po długich męczarniach najchudszy z nas przeciska się przez małe okienko — i odkopuje nas z zewnątrz. Czemuś to właśnie Annę zapamiętałem bardziej niż innych w takiej oto chwili: stoi na progu — rozpromieniona i wchodzi z powrotem.
A potem przed zejściem w stronę Kirowska, w wąskiej szczelinie przełęczy Ramzaj, wyraźnie pamiętam jej twarz obramowaną kapturem.
Moskwa w końcu lat 60. Przekazano nam dwie ogromne paki książek — przesyłkę od Anny dla jej licznych moskiewskich przyjaciół: tomy Cwietajewej i Pasternaka (wydane w ZSRR, ale wtedy u nas absolutnie niedostępne; te tomy mam do dziś ze sobą). Cały tydzień rozdawałem prezenty Anny. Iluż ludzi wtedy uszczęśliwiła!
Wiedeń, sierpień 1977 r.; zakończył się X kongres lingwistów. Anna leci do Moskwy, dokąd ja trafić już me mogę (dopiero co emigrowałem). I Anna napełnia walizki i torby prezentami dla moskwiczan: jedzenie, książki, ubrania dla dzieci. Walizki są już nabite, a ona ciągle jeszcze wiesza na sobie jakieś woreczki na ramieniu, na szyi, na ręku — omal nie bierze jeszcze czegoś w zęby — i zgarbiona (ma na sobie dodatkowe 15 kg) brnie do samolotu.
Australia, Canberra. Czekam, aż Anna skończy wykłady i idziemy piechotą po jej córki, które są zabierane ze szkoły przez baby-sitterki. Anna trzyma "za uzdę" swój rower i rozmawiamy: o semantyce, oczywiście. To nasz czas te 30-40 minut. A w domu Anna przygotowuje kolację (wkrótce przyjdzie z pracy ledwie żywy ze zmęczenia John, którego mind and body tak szczegółowo Anna przeanalizowała), sprawdza lekcje córek, omawia z nimi ich ostatnie dziewczęce nowości, dyskutuje ze mną o synonimii i polisemii — i w biegu (między kuchnią i jadalnią) pisze swój kolejny artykuł (ołówkiem na jakiejś dziwnej karteczce — ani maszyny do pisania, ani komputera Anna, o ile dobrze wiem, nie używa). Około północy wszyscy śpią: dzieci od dawna, John i ja — dopiero co, a na stole Anny lampa nie gaśnie... A rano o siódmej śniadanie po kolei: dla jednej córki (wychodzi wcześniej), dla drugiej córki, potem dla nas z Johnem. Przy śniadaniu z dziećmi — czytanie i rozmowa w różnych językach. Dziś jest francuski i zostałem zaproszony w charakterze eksperta od francuskiego. (Język rodzinny — oczywiście polski, ale i rosyjskim wszyscy władają świetnie). Jutro będzie niemiecki albo holenderski (chińskiego i japońskiego jednak nie ma...).
Jeszcze jedno pociągnięcie pędzlem: z rodziną Anny spacerujemy po Melbourne; dziewczynki z Johnem na przedzie, a ja zawzięcie spieram się o coś z Anną (dlaczego zawsze się z nią spieramy?!). Wtem Anna widzi w witrynie sklepu ładną skórzaną kurtkę. Rozmowa zostaje łagodnie przerwana (Anna z łatwością tworzy takie oksymorony) — Anna śpieszy w stronę lady. Przymiarka, uzgadnianie ceny, jeszcze coś tam i po dziesięciu minutach Anna kontynuuje swój spór ze mną w nowej wytwornej kurtce!
Co ilustrują te obrazki? Nie wiem. Bodaj zdumiewającą, wprost nieosiągalną harmonię w Annie i pełnię jej osobowości: czarująca kobieta, troskliwa matka i żona, troskliwy i wierny przyjaciel, a przy tym świetny uczony i obciążony do granic wytrzymałości wykładowca uniwersytecki. I to wszystko — w jednej osobie!
Anna Wierzbicka jako lingwista — kilka refleksji
Gdybym chciał zamknąć lingwistyczną teorię Anny w jednym zdaniu, powiedział bym tak:
Język jest systemem służącym do wyrażania sensu; lingwistyka zatem — a jest to nauka o języku — powinna badać, w jaki sposób sens jest wyrażany w języku. (Wszystko zaś inne w lingwistyce — od złego jest).
Nie chcę przez to powiedzieć, że osiągnięcia Wierzbickiej obiektywnie sprowadzają się do tej tezy; subiektywnie jednakże, tj. w moim rozumieniu, tak właśnie jest. Główna teza Anny może się wydać banalna: czyżby ktoś z tym się nie zgadzał? Niestety, wszyscy się zgadzają, ale nikt (poza rzadkimi wyjątkami) nie traktuje jej na serio. Historia lingwistyki ostatnich czterdziestu lat dobitnie o tym świadczy. Najważniejsze, że w najbardziej prestiżowych kierunkach lingwistyki robi się różne rzeczy (uczone teorie, filozofowanie na okrągło), ale nie podejmuje się tego prostego, jasno sformułowanego zadania: oto — sens, a oto — jak go można wyrazić. Już ponad trzydzieści lat z całym przekonaniem zabiera głos Anna: przedstawia zdumiewające swą subtelnością opisy tysięcy znaczeń językowych; pora, byśmy i my wreszcie pojęli, że na tym właśnie polega lingwistyka.
Na poziomie twierdzeń bardziej szczegółowych, wyodrębniłbym cztery następujące:
Jedynym sposobem sprawdzenia definicji zaproponowanej dla jednostki L jest wzajemna podstawialność L i jej definicji we wszystkich możliwych kontekstach. Oczywiście, i przed Anną wymóg wzajemnej podstawialności definiendum i definiensa był dobrze znany, nigdy jednak nie był stosowany tak konsekwentnie.
Opis znaczenia jednostek danego języka powinien być dokonywany wyłącznie za pomocą jednostek tego właśnie języka. Anna całkowicie wykluczyła z zakresu semantyki współczesnej matryce plusów i minusów, formuły przepełnione lambdami i operatorami intensjonalnymi itp., co w sposób istotny zmieniło oblicze semantyki. Oczywiście, można — a nawet trzeba — opisywać to, czego dotyczą wypowiedzi, w różnego typu językach formalnych. Nie jest to jednak opis
językowego znaczenia wyrazów, lecz opis ich referentów, tj. świata, znaczenie zaś wyrazów i konstrukcji języka L można opisać tylko za pomocą innych wyrazów języka L. Z tego (oraz z postulatu unikania błędnych kół) wynika rozkładalność semantyczna — jedna z najbardziej twórczych i głębokich koncepcji w dzisiejszej lingwistyce. Rozkładalność semantyczna z kolei pociąga za sobą pojęcie elementarnych jednostek semantycznych; de facto Anna Wierzbicka przywróciła do życia teorię o minimanych jednostkach sensu, teorię, którą dawniej traktowano
— bez głębszego zastanowienia! — jako analogon perpetum mobile. I nie tylko przywróciła do życia jako teorię, lecz zaproponowała pierwszy konkretny zestaw elementarnych jednostek semantycznych, pracowała nad nim niemal 30 lat, udoskonalała zarówno sam zestaw, jak i odpowiadający mu aparat pojęciowy, uzasadniła ten zestaw prymitywów, które i dziś uważa się za uniwersalne. Te właśnie elementarne jednostki semantyczne wykorzystuje Anna Wierzbicka we wszystkich swoich konkretnych opisach semantycznych. Teoria Anny Wierzbickiej o semantycznych pojęciach elementarnych jest dla semantyki tym, czym nauka o budowie atomu dla fizyki i chemii.
Trudno krótko komentować wkład tego rodzaju, ograniczę się więc do osobistej uwagi: Dlaczego postulat opisu sensu za pomocą środków języka naturalnego wydaje mi się tak ważny? Dlatego, że dla mnie sens to inwariant zbioru parafraz. Inaczej mówiąc, sens pewnego tekstu to, można rzec, specjalny uproszczony wariant tego tekstu z całkowicie usuniętą synonimią; taki wariant może być tylko w tym języku, co sam analizowany tekst. Tak rozumianym sensem można z łatwością posługiwać się w różnych dalszych działaniach: dla wnios kowania, podsumowywania, tłumaczenia na inne języki, zestawiania z rzeczywis- tością.
Znaczenia leksykalne i nieleksykalne należy opisywać absolutnie jednakowo. Obok całego słownika angielskich verba dicendi i setek definicji leksemów wszystkich możliwych typów i rodzajów (ros. SVOBODA — ang. SKIRT- wł. SORTE ) Anna daje semantyczny opis japońskiego adwersatywnego passivum, francuskich konstrukcji nieodłącznej przynależności, włoskiej redupli kacji, pluralności w języku angielskim i w językach słowiańskich (ze szczególnym uwzględnieniem problemu pluralia tantum), "wewnętrznego" dativu w języku angielskim (Anna fried John an egg), kauzatywnych konstrukcji różnego typu, pojęć komunikatywnych (w rodzaju tematu — rematu czy emfazy) — i wielu, wielu innych znaczeń fleksyjnych, słowotwórczych (np. deminutywów) i syntaktycznych, tym samym pokazując w naoczny sposób, jak należy to robić.
o Łączliwość powinna być sprowadzona do semantyki. I tu Anna zawsze demonstruje zdumiewającą ścisłość i głębię analizy: to have a drink można powiedzieć, zaś *to have an eat — nie, z przyczyn czysto semantycznych (równocześnie Anna daje szczegółowy opis znaczenia konstrukcji TO HAVE A...). Mówi się begin to drink, ale stop drinking, i sprawa znów polega na semantyce:
bezokolicznik "jest zwrócony" w przyszłość, a gerundium koncentruje się na teraźniejszości; i... — ale trzeba się zatrzymać: wszystko jedno, całej Wierzbickiej nie da się zreferować. Chcę podkreślić, że nawet wtedy, gdy Annie nie całkiem udaje się sprowadzić łączliwość do semantyki, jej "imperializm semantyczny" zawsze rodzi dobre owoce; przynajmniej zostają wydobyte ciekawe właściwości semantyczne rozpatrywanych zjawisk.
Podsumowuję: Anna Wierzbicka przywróciła semantyce jej bezspornie główną rolę w nauce o języku. Faktycznie wytyczyła drogi do semantyzacji wszystkich dziedzin lingwistyki: od morfologii do leksykologii, od składni do gramatyki tekstu. I zarazem (czy, ściślej, tym samym) wykazała jedność lingwistyki. Według szablonowej klasyfikacji Wierzbicka to semantyk. Ale wiem z własnego doświadczenia, że czym by się człowiek nie zajął w lingwistyce (teoria przypadka czy ergatywność, rodzaj gramatyczny czy strona, komunikatywna struktura wypowiedzi czy przyimki o znaczeniu kauzatywnym, zdania bezosobowe czy tekstowe konektory), Anna wszędzie zostawiła swój bardzo istotny ślad — prawie niczego nie można zaczynać me licząc się z wynikami jej badań. A czy wielu jest lingwistów, o których mógłbym to powiedzieć?
Anna Wierzbicka jako uczony: kilka konkluzji
W tym, jak Anna zajmuje się lingwistyką, widać takie choćby cechy jej natury:
Pasja: nic, co jest w języku, nie jest jej obojętne. Anna jest niesłychaną maksymalistką, z trudem znosi kompromisy. Niczego nie robi w połowie czy nawet w 97%. Wszystko — do końca, wszystko — wprost, wszystko — jak się rzeczy mają. Nie na próżno powiedział o Annie P. Dixon (dedykując jej jedną ze swoich książek), że podczas gdy wszyscy lingwiści stale posługują się imionami John
i Mary w swoich przykładach i do przykładów się ograniczają, Anna — to kobieta-lingwistka, która wyszła za mąż za człowieka imieniem John, a córkę swoją nazwała Mary. U Anny wszystko jest "śmiertelnie na serio".
Zdumiewająca głębia i ścisłość w traktowaniu wszystkiego, czego dotknie jej umysł. Jej zwykła reakcja to: "- A ja nie chcę w przybliżeniu!" Wydaje się po prostu nie do pojęcia, jak jeden człowiek może przekopać taką górę materiału
— i robić to tak rzetelnie. Tam, gdzie sam mogę sprawdzić każde jej słowo (np. w pracy o rosyjskich deminutywnych imionach własnych), nie znajduję błędów. Erudycja Anny (zarówno lingwistyczna, jak i ogólna, kulturowa) wywołuje zachwyt połączony z zabobonnym strachem: wydaje się czymś absolutnie nadnaturalnym, aby jeden człowiek mógł wiedzieć tak dużo i tak głęboko. A gdy się patrzy na jej 10 książek (po 500, 600 stron), doznaje się tego samego przeżycia:
jak fizycznie starczyło czasu, by napisać to wszystko? A przecież jeszcze trzeba też myśleć!
Szerokość spojrzenia na język. Anna znacznie posunęła nasze rozumienie związku pomiędzy językiem a ogólną kulturą narodu. Z jednej strony z dobrym skutkiem stosuje swój metajęzyk semantyczny do opisu zjawisk kultury, psychologii narodowej (poprzez analizę głębinowych pojęć charakterystycznych dla różnych kultur narodowych — od rosyjskiej SUD'BY do samoańskiego ALOFA poprzez angielskie COWARD) oraz takich zjawisk, które tradycyjnie zawsze uważano za pragmatyczne (strategie podtrzymywania rozmowy, pytania retoryczne itp.). Z drugiej strony Anna poszukuje istotnych korelacji pomiędzy zjawiskami czysto językowymi (np. bogactwem czasowników oznaczających uczucia w języku rosyjskim: radovat'sja, gorevat', grustit', otćaivat'sja ...) a właściwościami charakteru narodowego i wydobywa je (większa emocjonalność Rosjan w porównaniu z Anglosasami).
Wierność samemu sobie: 35 lat temu Anna weszła na drogę poszukiwań uniwersaliów myśli ludzkiej, tego, jak odbijają się one w różnych językach naturalnych; nic nie mogło jej sprowadzić z tej drogi. Mimo iż w lingwistyce naszych dni moda i koniunktura odgrywają niemałą rolę, Anny Wierzbickiej to me dotyka: jej jedyny kompas — to jej własna intuicja naukowa (nawiasem mówiąc i tutaj Anna jest pionierem: to ona właśnie uczyniła z intuicji — czyli z introspekcji
— podstawowe narzędzie badań lingwistycznych — i to na tle powszechnej dominacji podejść formalnych).
Uprawiać naukę z pasją i precyzją, na podstawie najgłębszej wiedzy, idąc tylko za głosem duszy — po to, by stworzyć maksymalnie szeroki obraz badanych zjawisk — oto główna lekcja, jaką — dla mnie — przynosi każdy tekst Wierzbickiej.
Anna jest klasycznym europejskim uczonym w najlepszym sensie tego słowa. Osobny temat to głęboki związek, jaki łączy idee Anny Wierzbickiej i tę australijską Polkę jako człowieka z rosyjską lingwistyką (czy nawet szerzej
— rosyjską nauką). Ale znów muszę się opanować — powiedzieć tu wszystko, co by się chciało, jest rzeczą niemożliwą.
Już ponad trzydzieści lat my — bardzo zróżnicowana co do swego składu
grupa lingwistów różnego wieku, różnego typu umysłowości, różnych przekonań
i różnego pochodzenia — cieszymy się tym przywilejem, że żyjemy w tym samym
czasie, co Anna Wierzbicka i mamy możliwość czytania jej prac zaraz po ich
ukazaniu się. To wielkie szczęście. Mnie zaś powiodło się jeszcze bardziej
- poproszono mnie, bym napisał ten króciutki szkic.


Igor Mielczuk
(Tłumaczyła z rosyjskiego Elżbieta Janus)

Copyright © 1997-2017 Wydawnictwo Naukowe PWN SA
infolinia: 0 801 33 33 88